pan, panie maćku nic się nie boi

Tydzień zaczął się dziwacznie, bo otóż dostałem kolejne wezwanie przed wojskową komisję uzupełnień. Widać kto jak kto, ale kraj mnie wyraźnie potrzebuje. Jednakowoż w tygodniu jestem zapracowany - tym bardziej, ze mniej lub więcej próbujemy wyciągnąć z panem świeczką bożonarodzeniową premię od państwowej instytucji na zakup mojego upatrzonego joybooka. Poszedłem zatem w sprawie wojska do dziekanatu dopiero w czwartek. Zaświadczenia oczywiście od ręki nie dostałem, bo i jakże, za to okazało się, że przyznali mi coś innego od ręki. Od grudnia bowiem na moje konto wpływać będzie regularnie nic innego jak stypendium za wyniki naukowe. Do końsa samo się to pewnie nie odbyło, bo ktoś przeciez musiał mieć odpowiednią średnią, ale dzięki takiemu uznaniu, na powrót zaczynam wierzyć w sześcioletni proces edukacji, ślęczenia w weekendy w bibliotece albo tak jak wczoraj, łażenia po miescie i upraszania ludzi o wypełnieni durnowatej ankiety. Pomijając więc to, że poprawią się kondycja mojego portfela (a jak wiadomo, przygotowania z nativem do cpe kosztują), wzrasta poziom mojej estymy, bo i ’stypendysta’ i w/w państwowa instytucja będą mogły oficjalnie zająć miejsce w moich papierach. No i nie ukrywam, iz niezmiernie rajcuje mnie myśl odpalenia kuźni przeznaczenia na nowym joybook’u.


About this entry