mujto pozitiwa situacjone

pozitiwa situacjoneWygląda na to, że wszystko układa się w sposób taki, jakiego miałem uniknąć, ale jak dotąd w pełni kontrolowanych warunkach. W zeszłym tygodniu siedziałem po nocy, żeby dokończyć pracę magisterską. Oczywiście od przyjazdu z Pragi nie miałem niczego innego do roboty, ale byłem zbyt rozkojarzony powrotem i instalowaniem sie na nowo w domu. Do tego równie ekscytujące rozmowy o pracę. No ale powziąłem decyzję i uparcie przy niej tkwiąc się wyrobiłem.
Skończenie pracy kosztowało mnie trochę więcej, bo zachciało mi się drukowania na ostatnią chwilę w kafejce internetowej ze zbójeckim cennikiem (doceniłem pokątne drukowanie na pracowniczych laserówkach), ale opłaciło się. Promotorka wyznaczyła mi termin.

A wspomniana praca: w piątek pojechałem na rozmowę na kompletne zadupie. Mój time cushion okazał się za duży i w siedzibie szacownej instytucji zjawiłem się o godzinę za wcześniej. Dlatego dla urozmaicenia czasu zadzwoniłem do innej firmy, w której udzielałem wywiadu w zeszłym tygodniu. Przemiłym głosem odebrała sekretarka. Niestety nie wiedziała, o co chodzi. Wyłączyłem telefon i powróciłem do wertowania sterty Mens Healthów w lobby instytucji, aż w końcu zawołali mnie do sali zwierzeń. Tam dwóch zupełnie niekomunikatywnych panów informatyków wypytywało o różnie, mniej lub bardziej niezwiązane z pracą sprawy, jeden sobie pofolgował i zaczął sobie robić jaja z moich pobytów na wyspach.
Wcześniej nie pałałem dziką chęcią zatrudnienia się u nich, z powodu lokalizacji tejże instytucji na totalny zadupiu, dlatego naigrywania łysiejącego buca potraktowałem jako utwierdzające mnie w moim wcześniejszym przekonaniu.< br />Wróciłem eufemistycznie mówiąc lekko, podirytowany do domu, a wtedy oddzwoniła wspomniana wcześniej firma (nie mylić z instytucją) i zaoferowała mi etat. Zgodzili się na moje warunki i dodatkowo… zaproponowali mi szkolenie na młodszego menadżera projektu. A to Ci dopiero historia. Ja i junior project manager. Niemal od razu po tym telefonie wykonałem drugi, tym razem do mojej pani promotorki. Wyznaczyła mi termin odbioru pracy. I tak, wczoraj, przygotowany na kolejne wytykanie błędów dowiedziałem się, że 14 listopada, z samego rana, mam obronę.
Pozostało mi tylko jeszcze pójść spytać panią profesor, czy będzie moją recenzentką i zakończę ten przeciągający się etap mojego życia. Sęk tkwi jednak w tym, że owej pani prof. ciągle nie ma, bo jest gdzieś w rozjazdach i można ją łapać tylko w “między czasie”. I tu rodzi się problem, bo ja z nią zajęć nigdy nie miałem i nawet google mi nie pomogło i dalej nie wiem jak ona wygląda :-)


About this entry