crazy delicious

czas pomyka, ale żyje na chilloucie. dni zaczynam od szkolenia babek z szalonej instytucji, później zasiadam, małe googlowanie i pare chwil na pracę, która właściwie i tak stoi w miejscu, bo nie mam danych do wstawienia w sypiącą się bazę mysql. nikt mnie nie pogania, nie każe mi się niczym przejmować, wszystko robi się na zaś i nie ma żadnego pośpiechu - mówią mi, że mam słuchać wszelkich sugestii a i tak sprzedamy to co mamy - tak można żyć, z ludzką twarzą, choć za niewielkie, ale wciaż jeszcze przyzwoite pieniądze. ciekawe tylko jak to będzie przy deadlin’ie. traktują mnie ja studencinę, ale przynamniej nie muszę sie przejmować odpowiedzialnością albo że jak coś będzie nie tak, to za to beknę. mam czas na treningi i znajomków, ograniczam spożycie i zażywam więcej magnezu. słowem: żyć nie umierać.
dziś mam mocne postanowienie wypisania chociażby fragmentów do kolejnego rozdziału pracy, ale wiem, że muszę jeszcze zakodować parę podstron, jeśli chcę mieć za co wyjechać w góry.
we wtorek mają mi dostarczyć upatrzoną torbę.
to tyle


About this entry