autobusem przez galaktykę

spotkanie z ziomami wymagało przebycia kawałka miasta autobahnem, pokonując po drodze przystanek, z którego jeździłem w liceum do swojej pierwszej dziewczyny, autobahnem, którym później przez trzy lata jeździłem na studia, m. in. po to, aby spotykać się z dziewczyną drugą. dokąd dojechałem? chyba do nikąd.
mam dwadzieścia cztery i trzy/czwarte lat. im bliżej końca studiów, tym mój, nibyułożonyplan się chwieje. czemu o tym dzisiaj?
byłem u promotorki; wciąż czuję, iż od końca studiów dzieli mnie jedynie odpuszczenie sobie dwóch tygodni od wszelkich zobowiązań i napisanie pracy. pracy, na która jednak wciąż nie mam czasu, z powodu uwikłania w różne inne mniej lub bardziej dziwne historie. nie mówię o żenieniu się, o zakupie ziemi, o kredytach ani o funduszach inwestycyjnych, bo chciałbym żyć swoim życiem. w pełni samodzielnie, bez ciułania na lepsze jutro w obawie przed wielkimniewiadomoczym. może skończę jak pasikonik ezopa. zostać tu, otwierać własną firmę, rozbijać się o kolejne ściany absurdu, w pokoju w jednym mieszkaniu z rodzicami, bez realnej szansy na usamodzielnienie się przed trzydziestym rokiem życia; czy też wyprzeć się tego wszystkiego z czego wyrastam i uformować życie na nowo, w nowym miejscu, w nowym kraju. na dwa lata, do trzydziestki, do decyzji o założeniu rodziny.
z drugiej strony jak oglądam ludzi z boku, to tylko nabieram większego dystansu i utwierdzam się (choć może nigdy nie byłem człowiekiem głębokiej wiary), że moje wybory są słuszne. pozostaje mi pół roku (wyroku) na podjęcie decyzji. może czas odcinać dni na krawieckim centymetrze?!


About this entry